VII Kościański Półmaraton – 06.11.2011

To był kolejny z tych biegów, w których zaskoczyłem sam siebie 🙂 Może to akuratnie dobrane treningi, albo te nowe buty, może pogoda; cholera wie 🙂
Mądra ta cholera, zawsze wie wszystko.
No dobra, Kościan miał być tym półmaratonem w którym liczyłem na przyzwoity czas rzędu 1:27-1:28 pamiętając, że kilka tygodni wcześniej pierwszą połówkę na maratonie w Poznaniu poleciałem 1:29 z hakiem. Tak więc zejście poniżej 1:30 w końcu nie powinno było nastręczać większych problemów, chyba że kontuzja czy inny wypadek… tfu!

W każdym razie byłem „umówiony” z kolega Łukaszem który chciał połamać półtorej godziny, że polecimy pierwsze kilometry razem. Niestety zapomniałem zabrać z domu Garmina, który miał mi pomóc trzymać odpowiednie tempo. Na szczęście Tata też jechał do Kościana żeby dopingować dzielnie i robić zdjęcia, więc miał mi dowieźć zegarek. Na minutę przed startem nadal nigdzie nie mogłem go znaleźć… ale dosłownie chwilę przed odliczaniem zauważyłem Tatę na rowerze i odebrałem zegarek 🙂
Uff…

Stałem w trzecim rzędzie, ścisk był spory bo cofali wszystkich żeby wystartować z linii… startu 🙂 Ruszyliśmy. Tempo od razu wysokie 3:35, ale stwierdziłem że trzeba się wyluzować i za chwilę wszystko dookoła się uspokoi.Nie chciałem za dużo rozmawiać z Łukaszem, żebyśmy nie tracili oddechu. Jakoś pod koniec pierwszego kilometra rzuciłem okiem na zegarek a tam stoper stał na 1:04…Jakimś cudem musiałem go zatrzymać minutę po starcie. Ale nie mam pojęcia jak to się mogło stać. W każdym razie Łukasz rzucił kilka razy, że za szybko lecimy. Faktycznie, 4:02 to było grubo za szybko. Miało być około 4:15/km.

Coś jednak w środku mi mówiło, że to tempo jest takie hm… no bardzo zachowawcze. Pamiętając jednak o licznych błędach które popełniałem startując za mocno, starałem się jednak stopować. Ale przy tempie około 4:00 właśnie czułem, że biegnę lekko, prawie truchtem!
Cholera, przecież gdy robię interwały 8x1km to biegam 3:48-3:52 a tutaj 4:00 i jest tak lekko?
No dobra, zobaczymy jak to będzie później.
Nie oglądając się na Łukasza na którymś z licznych zakrętów lekko przyspieszyłem łapiąc się do kilkuosobowej grupki. Trochę wiało, więc postanowiłem w miarę możliwości chować się za plecami innych.

To niebywałe z jaką lekkością mi się biegło.
Wiem, że częściowo to zasługa nowych butów, które zastąpiły wysłużone już pomarańczowe Brooksy Launch. W ich miejsce przyszły… nowe Brooksy Launch 🙂
Tym razem śliczne biało-niebieskie z limonkowymi wstawkami. Kupiłem je na EXPO przed poznańskim maratonem. Kosztowały mnie 349 zł ale warto było wydać każdą złotówkę 🙂 Co prawda na jednym z zakrętów poczułem jak śródstopie niebezpiecznie poleciało mi na zewnątrz, ale na kolejnych wirażach starałem się już bardziej uważać.

 

Z tego miejsca chciałbym pozdrowić osobę decydującą o postawieniu słupka ze znakiem drogowym na tym zakręcie: (foto z lewej)
Bardzo mi się przydał, kiedy wchodząc w wiraż chwytałem go lewą ręką i napędzałem się na prostą dzięki działaniu siły odśrodkowej 😉

 

 

Jakoś tak po dyszce czułem że dziś może się uda wskoczyć gdzieś między 1:24 a 1:25 jak nic nie strzeli w nogach albo kury nie wlezą mi między sznurowadła.
Przyspieszałem, wyprzedzałem, przyspieszałem i wyprzedzałem.
To był bieg, w którym po pierwszych kilku kilometrach nikt już mnie nie wyprzedził. Wspaniałe uczucie 🙂

Niestety przez zamieszanie z zegarkiem nie mogę zrobić sensownej tabelki z międzyczasami, ale wkleję wynik tego, co pokazał Garmin po wczytaniu w Endomondo:


Najszybszy kilometr (3:46) był w okolicach 14 km, natomiast pięknie wyszła druga dycha: 38:47 co jest poniżej mojej dotychczasowej życiówki 😉
Oczywiście międzyczasy z GPS mogą być obarczone kilkusekundowymi błędami, ale i tak wygląda to całkiem przyzwoicie jak dla mnie 🙂

Miejsce w open Kategoria Miejsce w kategorii 21,097 km Wyniki:
57/939 M30 16/302 01:23:01

   

Fotografie:

Honda – dzięki! :)))

Tata – dzięki! :))

Basia Jórga – dziękuję! 🙂

Wojciech Ćwiąkała – dziękuję 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.