Tydzień w raju czyli Szklarska Poręba 2010

robert-zabel-szklarska2010W prawym dolnym narożniku widać 01:00.

To idealna pora na szukanie myśli, wrzucanie ich do woreczka, mieszanie i wytrzepywanie nad klawiaturą.
Gorzej jak wymieszają się z resztkami z ubiegłego roku.

Od kilku lat połowa sierpnia to magiczny czas wyjazdu na coroczny Festiwal Rowerowy w Szklarskiej Porębie. Co prawda sam festiwal teraz wygląda nieco inaczej niż np. 10-12 lat temu, ale w końcu wszystko idzie do przodu i zmienia się na lepsze, nie? 🙂
Nie będę pisał nic o drastycznie malejącej średniej wieku spożywających napoje latające na wieczornych bibach, ani o tym że rowerowy maraton przy okazji festiwalu ma się do całości jak pieprzyk na pośladku leppera-niby jest, ale i tak nikt nie ma ochoty go oglądać.

Festiwal trwa trzy dni i z pozycji wystawcy jest to całkiem sympatyczna impreza. No i prawie za nic nie trzeba płacić  😉 Punktem kulminacyjnym jest sobotnie napełnianie żołądka rarytasami kuchni polskiej zarówno tej w formie jadła jak i napitków. W tym roku konkurs skoków do wody na rowerach został przeniesiony z niedzieli na sobotę wieczór. I dobrze, bo z reguły w niedzielne popołudnie pakowaliśmy stoisko kiedy gawiedź patrzyła na skoczków.  Dlatego w sobotni wieczór można było jeszcze nacieszyć oko lotami, popijać piwo (z sokiem) i zajadać się pysznościami ze świetnym bigosem i całkiem udaną sałatką warzywną na czele 🙂

Aha, i zostawiam tutaj informację dla potomnych i dla wtajemniczonych: pod wpływem chwili mój mózg dał zielone światło żołądkowi i spróbowałem w końcu tego,  co musiałem przestać spożywać właśnie w Szklarskiej w 2001 (?) roku 😉

Przez cały festiwal pogoda nas nie rozpieszczała, mżyło, czasem mocniej padało ale na szczęście wieczorami można było wyjść „na miasto” bez obawy że będzie chlupotało w kaloszach. Za to w niedzielę wyszło słońce! 🙂

Dolina SzczesciaI to był najfajniejszy moment, bo kończyła się „praca”, zaczynał urlop właściwy 🙂

Miałem już zarezerwowany lokal za 35 zeta – pokój dwuosobowy (tylko dla mnie) w Dolinie Szczęścia 🙂 (ul. 11 listopada nr. 13 – polecam – foto)
Do centrum niecały kilometr, na stadion LA 800 metrów. Żyć nie umierać 🙂

Jeszcze tego samego wieczoru – po napełnieniu żołądka darmowym makaronem na finiszu festiwalu – obrałem szlakowy azymut prosto na Szrenicę. Założyłem buciory do biegania i w 42 minuty udało mi się wbiec na Halę Szrenicką z Doliny Szczęścia.
Od poniedziałku pogoda niestety się spierdzieliła, ale nie przeszkadzało mi to, bo po okolicy jest gdzie biegać. Martwiło mnie tylko, żeby trafić choć jeden dzień kiedy wyjrzy słońce i zrobię sobie wycieczkę biegową do Śnieżnych Kotłów i z powrotem. Na taką pogodę musiałem poczekać do czwartku, czyli do dnia wyjazdu… Bywa i tak czasem 🙂

W każdym razie w trakcie tego tygodnia zaliczyłem kilka porządnych treningów, przypomniałem sobie fragmenty np. trasy crossowej którą biegałem tam jakieś 16 lat temu, na zgrupowaniach i obozach. W ogóle odżyła masa wspomnień kiedy eksplorowałem zakamarki Szklarskiej, bo spędziłem tam wiele czasu ale na opisywanie tego nie mam już wystarczającej pamięci na dysku w głowie 😉 Aha, wstęp na stadion aktualnie jest płatny i kosztuje dychę, chyba że jest się zakwaterowanym w ośrodku Maraton to wtedy za friko. Kwestia do rozważenia w lutym/marcu 🙂

Cholernie fajnie było wrócić do Szklarskiej po tylu latach. Z butami do biegania…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.