MTB Marathon Murowana Goślina 2010

Słońce przypiekało od rana więc smażenie jajek na masce sejczento poszło szybciej niż zwykle.  Teraz już wiem, że to szamańskie obrzędy spowodowały ostatnio taką pogodę. Bo jak ludziom mózgi parują, to na wyborczej kulminacji 4 lipca skreślają pierwsze lepsze nazwisko z brzegu.
A nie, sorry… wypad z tą polityką, miało być o maratonie.

W Murowanej Goślinie startowaliśmy z Rynku.
Wobec czego na początku było fajnie, bo wesoło, twardo pod kołami,  ludzie gadatliwi i nawet kibice byli. Ale organizator w sumie dał ciała, bo stopera wodzirejowi nie pożyczył i wystartowaliśmy z partyzanta, bez zapowiedzi…  I co istotne, nie wyposażył nas w wiaderka, foremki, łopatki i inne gadżety które dodałyby zabawy…
Tak więc kiedy po starcie i pierwszych tasowaniach na asfalcie, dojechaliśmy do miejscowej piaskownicy którą w tygodniu zajmują przedszkolaki z okolicznych wiosek, okazało się, że nie mamy się czym bawić. Niektórzy jednak zostali na chwilę bo ponoć gdzieniegdzie leżały ładne kolorowe szkiełka. Oczywiście nie miałem szczęścia i nie przytrafiły mi się takie atrakcję, więc jak niepyszny pognałem dalej szukać czegoś ciekawego.

Tylko co może być ciekawego? Strzelające szyszki spod kół, czy zabawa w „psssykanie” oponą kto dłużej? Już na siódmym kilometrze na moich oczach jeden kolega pokazał wszystkim
jak to się robi. Drugiemu tak się to spodobało, że stanęli razem na chwilę żeby sobie razem popsykać.
Nie zatrzymałem się, bo stwierdziłem, że ja tak nie potrafię. No i przez dłuższy czas nic ciekawego się nie działo, więc wzięło mnie na wspomnienia…

Sięgnąłem pamięcią jakoś tak w okolice plejstocenu, kiedy to mój pierwszy rower Pinokio uroczyście został pozbawiony drewnianego kijka i odtąd mogłem już samodzielnie przemierzać świat. Ograniczały mnie tylko te ruchliwsze ulice dookoła osiedla, ale to były już dzikie tereny które zupełnie mnie nie interesowały. Dużo fajniejszym zajęciem było pokonywanie barier dźwiękowych na najdłuższej osiedlowej alejce, którą niestety łazili również nierowerowcy… Zupełnie nie potrafię zrozumieć jak to się stało, że jednego razu dwóch panów nie usłyszało mnie jak wchodzę w prędkość naddźwiękową. Niestety mój autopilot zaliczył małą zawieszkę i na pełnej prędkości wbiłem się na trzeciego między obu jegomości. Skutków tamtego taranowania nie pamiętam, a może i dobrze…

Po chwili wspominek, przed oczami stanęły mi sytuacje kiedy pierwszy raz zaliczyłem „psssyki”.  Pierwsze chyba z czasów kiedy jeździłem na kolonie i tam starsi koledzy
pokazywali jak to się robi, żeby odstraszyć komary. Później, na koniec podstawówki, jak już mogłem bawić się zapałkami to „psssyki” ukazywały się nam w wesołych
niebiesko-czerwonych kolorach które jednak trochę parzyły. Jak już byłem pełnoletni to ci sami koledzy pokazali mi, że najfajniejsze „psssyki” pochodzą od aluminiowych puszek z gorzkawym napojem. Ale te wspomnienia były nieco zakrzywione i obarczone dużym błędem obliczeniowym, więc zostawię już ten temat.

Teraz jako stary tetryk z pampersem między udami i nostalgią w głowie zapierdzielam po suchym jak wiór lesie szukając nowoczesnych „psssyków”.
I jest! Udało się!
Na dwudziestym którymś kilometrze wreszcie udało mi się uruchomić całkiem niezłego syczącego potwora. Co ciekawe, w oponie nie
znalazłem powodu, dla którego psssyk był tak głośny i tak krótki, a szkoda…

W każdym razie, kiedy mój „psssyk” skończył swój krótki acz intensywny żywot, zabrałem się do rozbebeszania opony, żeby móc jechać dalej w poszukiwaniu wrażeń.
W tym czasie przy okazji liczyłem barany… tfu! tzn innych towarzyszy na tej trasie. Było ich prawie tylu ile mam szprych w przednim kole, czyli sporo…
Miałem tylko jedną zapasówkę, więc od tego momentu jechałem z lekkim niepokojem, czy aby na pewno chcę usłyszeć jeszcze dziś jakże atrakcyjne odgłosy z moich kół…

Na pierwszym bufecie odkryłem, że mój plastikowy pojemnik na płyny też chyba upodobał sobie zabawę w szczelinowe opróżnianie zawartości, bo był całkowicie pusty. Dziś wylosowałem kolor niebieski, więc jednego pałerejda opróżniłem duszkiem a drugiego wlałem do zbuntowanego bidonu. Jeszcze coś do jedzenia i do kieszonki wędruje półtora banana. Ten schemat powtarzam na każdym kolejnym bufecie, z tym, że na trzecim wypijam duszkiem dwa pałery (niebieskie, żeby nie mieszać!) Łącznie tego dnia spożyłem 7 (sic!) butelczyn tego trunku. Nie polecam takiej dawki… Na szczęście u mnie odruchy typu „oddaję tobie co kryję w sobie” są tak rzadkie jak Meksykanie w Mongolii.
Co jakiś czas doganiam tych, którzy minęli mnie kiedy stałem w pit-stopie i chwilę czuję ogon za sobą, po czym – jak rasowa jaszczurka – urywam co trzeba.

Kolejny bufet z punktem serwisowym pojawia się we właściwym momencie, bo odgłosy z łańcucha zaczęły robić się nieznośne. Zamawiam pelny bak napojów i w międzyczasie widzę jak Felcik dostaje chyba finiszlajna. Nie na długo to jednak starczyło, bo po około 20 minutach łańcuch znowu jest suchy i trzeszczy…
Jest piękna pogoda, biale obłoczki wiszace na błekicie, polne drogi pośród zbóż i aż by się chciało zatrzymac i odetchnąć wiejskim klimatem. Ale nie, trzeba poginać do przodu. Po kilkudziesięciu kilometrach tasowania się już z megowcami czuję że wyprzedza mnie dwóch osobników. Rozpoznaje obu. Jeden, w żółtym kubraczku, kilka bananów wcześniej jechał ze mną ale mu zwiałem. Chyba jadę za wolno – myślę sobie. Drugi z nich to   Jacek 'JPbike'. Maestro z siódmego kilometra. Postrach dętek i przyjaciel pompek. Guru „pssssykania”. Trochę się dziwię, że dopiero teraz mnie doszedł, a bylo to kilkanaście kilosów przed Dziewiczą Górą.
Wiem, że jest mocniejszy ode mnie, więc spodziewam sie, że zaraz spuchnę jak bedę chciał utrzymać tę dwojkę.

Ale nie, przecież teraz nie mogę odpuścic, przecież przejechałem juz ponad połowę dystansu…!

Decyduję, że przesune się do przodu i pociągnę trochę z blatu. W tym celu musiałem obudzić na chwilę lewą manetkę która z kolei wysłała mesydża do przerzutki przedniej szimano ikste.
Ta pobudka nie wyszła najlepiej, bo kilka chwil trwało zanim łańcuch wlazł na największą zębatkę z przodu. Ale jak już weszło to nie chciało zejść. Przez chwilę.
Prawy rękawek koszulki dzisiaj robił za ręcznik. Bidon za prysznic. Tylko woda jakaś taka smerfiasta… popijam i deptam. I tak do Dziewiczej. Po pierwszym podjeździe nie widzę już za sobą tej grupki.

Czuję jednak blisko za plecami narowistych megowców, którzy na jedynej górce na całej trasie dopiero zaczynają wyścigi… Na zjeździe myślę o dętce która zdobi moją pierś. Jest dziurawa jak obrona reprezentacji San Marino. Dwie zdrowe dętki napędzają mój rower. Jak teraz uda mi się psssyknąć, to będzie fajnie. Ale do mety bede musiał wracać jakimś teleportem…
Krótka burza w mozgu i decyduję, że jednak chcę jak najszybciej dojechac do ostatniego bufetu – na mecie.
Ta droga mija bez większych historii. Aha, czuję że wypada mi pompka spod koszulki, więc zatrzymuję się na chwilę i chwytam zgubę zanim spodoba sie ona zuczkom i mrówkom w piachu.

Meta. Znowu banany, arbuzy i woda.
W końcu…
Nie ma co wspominać.
Maraton w Murowanej trzeba przejechać i o nim zapomnieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.