Listopad 75km, grudzień 193km, styczeń 232km, luty 133km, marzec 171km. Taki kilometraż miałem w nogach zanim wystartowałem w tym maratonie. Bieganie luźne, po górkach. Ciężko z tego coś wybiegać, a mimo to postanowiłem wystartować w Wielkiej Prehybie. Czego nie żałuję 🙂

Mógłbym napisać, że wstałem z fotela i pobiegłem, ale niezupełnie, bo miałem tygodnie gdzie robiłem 20-30km a nawet 50km/tydz. Dzięki temu po ukończeniu trasy moje nogi nie cierpiały tak bardzo, a zakładany czas ok 5 godzin sprawdził się z lekkim obsunięciem, bo zrobiłem to w 05:02:20.

Początek biegłem. Właściwie przebiegłem większość trasy oprócz trzech czy czterech podejść pod konkretne stromizny (zdjęcia niżej)



Największą bolączką było zabranie na trasę jedzenia, bo ostatnio szybko coś spalam. No po godzinie, półtorej biegania robię się głodny. Tak więc jak policzyłem, na każdym z trzech bufetów spędziłem około 3 minuty. Na poziomie na którym jestem to bez znaczenia oczywiście, ale jak będę kiedyś atakował znowu ten dystans z przygotowania to nie ma opcji żeby stracić 9 minut na punktach odżywczych.


Aha, wspominałem już, że biegłem z aparatem? 🙂 Nie z lustrzanką, ale z cyfrową małpką z matrycą DX czyli Ricoh GR II. Aparat nie przeszkadzał i nie ciążył i po 5h nie czułem bólu ręki która go trzymała.


Wyniki: https://biegiwszczawnicy.pl/wp-content/uploads/2019/10/2019_Results_Wielka-Prehyba.pdf
Najnowsze komentarze